Sri Lanka

11 dni w 9 różnych miejscach. Duże miasta, świątynie, góry, plantacje herbaty, puszcza, safari i chwila na plaży.

Na ponad 180 osób lecących samolotem, byliśmy jedną z 3 par, która zdecydowała się na podróż na własną rękę. Efekt? Wracając do Polski, mamy zupełnie inny obraz wyspy. Turyści z Rainbow widzą wyidealizowany kraj niczym zdjęcia z instagrama. Podróżując z plecakiem poznaliśmy sporo ludzi, w tym Rangę - jak się okazało, pracującego w siłach powietrznych oraz Zamila szkolącego psy, które nadal znajdują niewypały na północy kraju. To z ich relacji wiemy, że nie tak dawno zakończona wojna domowa wyrządziła krzywdę, której skala jest o wiele większa niż można przeczytać w oficjalnych źródłach. W mniej turystycznych miejscach byliśmy obiektem, któremu tubylcy robili zdjęcia. Bez wątpienia to kraj różnorodny. Internet, angielski, komunikacja są na dużo wyższym poziomie niż w wielu krajach europejskich. Nie spotkałam też bardziej optymistycznych i uczciwych ludzi, ciekawych świata i rozmów z przyjezdnymi. To kraj sprzeczności, gdzie ludzie jeżdżą hybrydami, ale codziennym rytuałem jest palenie tony śmieci przed domem i wylewanie wszystkiego do pobliskich rzek. Wyspa, gdzie buty są zdecydowanie zbędnym bagażem - w świątyniach koniecznie trzeba zdjąć buty, w restauracjach/sklepach dobrze jest również zostawić obuwie przed wejściem. To kraj najbardziej kolorowych autobusów. Co oznaczają tuk-tuki z namalowanym Bobem Marleyem? - podróż z możliwością zakupu marihuany. Czego nie mogłam też rozgryźć przez kilka pierwszych dni? - tutaj również mają swoją melodię oznaczającą przyjazd samochodu z czymś naprawdę dobrym. U nas znajomy samochód z lodami, u nich "dla elizy" oznacza tuk-tuków pełen świeżych drożdżówek :) To były naprawdę tanie wakacje - jeśli niedawny student-polak może sobie pozwolić na wiele widząc menu w restauracji, to zastanawiają mnie dwie kwestie - ile zarabiają Ci życzliwi ludzie i po drugie, co czuje Niemiec/Amerykanin na takich wakacjach? Jedno jest pewne, póki jesteśmy w stanie dźwigać 45l bagażu/os. lub więcej (i nie mamy dzieci) to nie biuro, a koniec języka za przewodnika.